Mój ojciec jakimś cudem załatwił sobie kontrakt w Afganistanie. Cudem, bo przecież nie należał ani do partii, ani do związków zawodowych. Poleciał do Kabulu, a stamtąd trafił do miejscowości Aibak w prowincji Samangan.

Miał też jedną przygodę, której mało co nie przypłacił życiem. Zatrzymał się w czojchanie, żeby odpocząc od trzęsącego GAZika. Popijał herbatkę, kiedy usłyszał głośny szum. Wybiegł i zobaczył ścianę wody pędzącą wąwozem, wprost na czojchanę. Krzyknął, żeby wszyscy uciekali, ale zrezygnowane głosy odpowiedziały Insz Allach. No i Allach chyba był czym innym zajęty. Wszyscy w środku utonęli. Ojca porwał prąd i niósł jakiś czas. W końcu ojciec uchwycił jakieś drzewo. Słabł coraz bardziej, ale zdołał przywiązać się paskiem do gałęzi. Po godzinie fala powodziowa się przetoczyła, a ojciec trafił na parę dni do szpitala.

W Aibaku był razem z trzema innymi straceńcami z Polski. Pamiętam ich nazwiska: Zygmunt Wrześniowski, Konrad Jakubowski i Stanisław Miarkowski. Dwaj pierwsi razem chodzili na bazar i usłyszawszy cenę jęczeli w niebogłosy domagając się obniżki. Zyskali od razu szacunek wśród miejscowych kupców.

Stanisław Miarkowski miał dzieci w moim wieku. Obydwie żony pojechały więc razem do Afganistanu. Najpierw dzień pociągiem do Moskwy, później prawie tydzień do Termezu. Dla dzieci kilka dni w pociągu były nawet ciekawe. Rosjanie dobrze karmili, wagon sypialny był na normalnym poziomie. Atrakcją było postoje na stacjach. Miejscowi z peronów sprzedawali owoce, co znakomicie uzupełniało mięsną dietę serwowaną w pociągu. Atrakcją był też spacery po innych wagonach. Dla nas pełna egzotyka. W przedziałach wszelakie zwierzęta. Od kur i gęsi przez króliki, owce i kozy. Pewnie krowy i wielbłądy też były, ale jednak w wagonach towarowych.

Dotarliśmy do Termezu, gdzie rosyjscy pogranicznicy przewieźli nas motorówką na drugą stronę Amu-Darii, gdzie czekał, Stanisław Miarkowski z moim ojcem, szoferami i dwoma GAZikami. Przez pustynię dojechaliśmy najpierw do Mazari Szarif, a później do Aibaku. Pustynia była dla mnie zaskoczeniem. Poprosiłem, żeby się zatrzymać. Koniecznie chciałem wytarzać się w takiej ogromnej masie piachu. Mój zapał ostygł po paru krokach. Piasek okazał się całkowicie odmienny od tego znanego z piaskownicy. W Polsce każdy piach był najpierw obrabiany przez wodę. Ziarenka okrągłe. Piach na pustyni był kruszony przez wiatr. Ziarenka miały ostre krawędzie. Nawłaziło mi tego paskudztwa do skarpet i swędziało straszliwie. Odechciało mi się baraszkowania.

W Mazari Szarif panie koniecznie chciały zobaczyć bazar. Dzieciaki też były ciekawe, ale mnie spotkał zawód. Prawie same ciuchy i jedzenie. Żadnych zabawek. Tylko jedno stoisko wydało mi się interesujące. Sprzedawali tam oczy. Szklane gałki oczne w najróżniejszych kolorach i w różnych rozmiarach. Nie wiem po co były komu niebieskie oczy. Przecież tam wszyscy mieli piwne. Może dla takich cudzoziemców jak my?

Swoje przygody w Afganistanie barwnie opisał Stanisław Miarkowski w książce "Burubahajr" wydanej w 1968 roku przez wydawnictwo  Naokoło Świata. Mam jeden egzemplarz z dedykacją. Pomiedzy pracującymi w dalekim kraju polskimi inżynierami stosunki nie zawsze układały się idealnie. Jednak pan Stanisław mojego ojca w kilku epizodach odmalował z najwyższą sympatią. I jakże celnie. Żałuję, że nie odziedziczyłem całego charkteru ojca.

Instagram