Przed wojną mama chodziła do gimnazjum w Świsłoczy. W czasach sowieckich – do rosyjskiej dziesięciolatki. Papierów jednak żadnych nie miała. Po wojnie mama nie bardzo widziała co ze sobą zrobić. Poszła do liceum pedagogicznego w Hajnówce. Tam trzeba było jednak podpisać zobowiązanie do pracy na wsi. Cyrograf nie był jednak mamy marzeniem. Przeczytała ogłoszenie o naborze na kurs przygotowawczy do studiów w Warszawie. Wsiadła w pociąg, dojechała do zburzonej stolicy i w 1948 roku rozpoczął się jej warszawski etap. Z 400 przyjętych osób maturę zdało 80. Mama wybrała sobie stomatologię. Babcia, która wcześniej miała mamie za złe porzucenie kariery nauczycielskiej, teraz biadała, że będzie dentystką, nie lekarzem. Dziadek natomiast wspierał mamę mówiąc – zęby będą ludzi bolały w każdym ustroju.

Kiedy słyszę mamy opowieści o czasach studenckich widzę, że jednak różniło się ono znacznie od potocznego wyobrażenia beztroskiego żaka. W zniszczonym kraju panowała bieda. Żeby przeżyć mama i każda z jej koleżanek brały na stołówce po dwa talerze zupy – dla siebie i dla koleżanki. Bo zupy wydawano bez numerka. A te miał mało kto. Święto było w dniu nadejścia paczek od rodzin. Panienki dzieliły się wtedy wszystkim i najadały do syta. Były też wakacje. W lecie mama ze swoją najlepszą przyjaciółką – Dzikusem wybrały się na gapę do Międzyzdrojów. Niedaleko, bo w Szczecinie osiadł mamy wujek – Kostek. Panienki postanowiły odwiedzić wujka i natknęły się na sublokatora – mojego ojca. W oczekiwaniu na powrót wujka z pracy, mama (jako bardziej śmiała) zaproponowała – panie Bronku, może zagramy w durnia? I tak to się zaczęło.

Potem był ślub. Ojciec skończył politechnikę w Szczecinie i wrócił do Warszawy. Przyszedłem na świat, ale mama zawaliła jeden z egzaminów. Akurat weszła w życie dyscyplina nauki. Zwykle po niezdanym egzaminie student wylatywał, ale w tych szczególnych okolicznościach mamie się upiekło i tylko powtarzała rok. Pierwsza praca w Wilanowie także dobrze się nie zaczynała. Mama przyszła na drugą zmianę. Starsza koleżanka zawołała tylko – Nineczko, kochanie dokończ ekstrakcję, muszę lecieć, jestem umówiona. Mama nie poradziła sobie ze złamanym wcześniej zębem pacjenta. Zrobiła się afera. Mamę skierowano na dodatkowe praktyki na chirurgii szczękowej. Po takim przeszkoleniu pacjenci nie mogli się nadziwić, że nieduża kobiecina wyrywa zęby o niebo sprawniej, niż rosły kowal. Nie obyło się bez namawiania do zapisania się do jedynie słusznej partii. Mama nie zastanawiając się długo odpaliła: partię to ja mam w domu, obiad ugotować i dziecku ubrania wyprać. Agitatorzy spojrzeli po sobie i od razu dali za wygraną.

Instagram