W czasie każdej rewizji stałym punktem programu była konfiskata maszyny do pisania. Rewizjami najczęściej nękano Jacka Kuronia, gdzie było centrum informacyjne o represjach i koncentrowało się opozycyjne życie. A bez maszyny ani rusz. Dostarczać zagranicznym korespondentom komunikaty pisane ręcznie – nigdy. Brak sprzętu był strasznie dotkliwy. Zlitowałem się nad Jackiem i dałem mu moją maszynę, którą babcia wystała w kolejce. A maszyna była mała i piękna. Czcionka również nieduża, ale zgrabna. Oczywiście maszyna wpadła podczas kolejnego ubeckiego najścia.

Kiedy powstała Solidarność poszedł słuch, że można ubiegać się o zwrot skonfiskowanych rzeczy. Zacząłem więc obdzwaniać komendy i wreszcie odesłano mnie do MSW. Polazłem do ponurego gmachu przy Rakowieckiej i trafiłem na dwóch dżentelmenów, którzy z pełnym zrozumieniem odnosili się do zaszłych w Polsce zmian i starali się być dla mnie bardzo uprzejmi. Jeszcze tylko parę formalności do protokołu. Zapytali w jakim celu pożyczyłem Jackowi Kuroniowi maszynę. Nie było sensu kręcić. Ustrój się zmieniał, mnie mamusia kazała zawsze mówić prawdę, więc powiedziałem, że Kuroń nie miał na czym pisać komunikatów KOR. W tym momencie panowie bardzo się zmartwili i powiedzieli, że w takim razie nie mogą mi oddać maszyny, gdyż trzeba będzie przeprowadzić ekspertyzę.

Cóż. Sam sobie byłem winien. Pisałem zażalenia. Odwiedziłem nawet osławioną prokurator Bardonową. To tłuste babsko nie kryło satysfakcji, że tak dałem się zrobić w konia. W czasie internowania wspomniałem Jackowi Kuroniowi o nieudanej próbie odzyskania maszyny. Jacek nie mógł się nadziwić mojej naiwności. Ty durniu – krzyczał – trzeba było powiedzieć, że miałem pisać listy miłosne do kochanki.

Próbowałem też odzyskać notesy, które odbierano mi podczas rewizji. Te były przetrzymywane na Mostowie. Trafiłem do sekcji zajmującej się opozycją. Znudzona panienka kopnęła w moją stronę karton pełen notesików i kalendarzy skonfiskowanych przy byle okazji. Pudło był spore, ale moich nie znalazłem. Wychodzę na ulicę, a tam stoją czekający na coś koledzy. Kapujesz? Pyta Witek Sielewicz. Coś tam wybąkałem, ale sytuacja nie była przyjemna. Potem adresy i telefony trzymałem już tylko w komputerze. Nie trzeba było przepisywać co roku. Uzupełniało się na bieżąco. Wydruk był składany w harmonijkę. W czasie któregoś ze spotkań u poznanego w internacie Wojtka Starzyńskiego wpadła ubecja. Zdążyłem zamknąć się w toalecie, podrzeć wydruk i spuścić wodę. Technika pomagała.

Instagram