Po wyjściu z internatu nawiązałem dawne kontakty. Byłem też wzbogacony o nowe – te z odsiadki. Dwóch kolegów szybko wpadło na pomysł jak mnie wykorzystać. Pierwszy był Paweł Mikłasz – „prowadzący” wydawnictwo Myśl. Dawał mi do naprawy jakieś płytki drukowane. Podobno były to sterowniki maszyn poligraficznych. Trudno było ustalić co jest zepsute. Jeżeli ewidentnie była spalony jakiś element – tranzystor, lub kondensator – wymieniałem na sprawny. Później biedziłem się z maszyną do pisania. Nie taką klap-klap. Procesor Z-80, pamięć wewnętrzna na kilkadziesiąt stron. Programowany generator znaków. Dumny uzdatniłem. Dużo później było mi głupio. Paweł okazał się bowiem TW o kryptonimach Stanisław Wysocki i Jan Lewandowski.

Od Jarka Kosińskiego dostałem inne zlecenie. Montaż prostych nadajników UKF małej mocy. Z zagranicy przychodziły płytki drukowane, schemat ideowy oraz parę elementów. Moim zdaniem było skompletować brakujące elementy, zmontować to w całość i uruchomić. Wtedy właśnie przydał się sprzęt kupiony w czasach pierwszej Solidarności. Pracę rozpoczynałem po 22, bo ubecja rzadko robiła w nocy rewizje. Materiały i urobek trzymałem w pionie elektrycznym na klatce schodowej. Nikt do pionu nie zaglądał, bo nie było żadnej awarii. Kryjówka działała.

Potem zapragnąłem skonstruować coś bardziej skomplikowanego. Za pośrednictwem kolegów z internatu zamówiłem w Omigu kwarce o ściśle określonej częstotliwości. Dostałem dokładnie takie – jakie były mi potrzebne. Z zagranicy za pośrednictwem struktur podziemnych ściągnąłem radiowe tranzystory mocy. Na bublach kupiłem trochę zepsutych płyt od lampowych telewizorów. Miały one filtry w niewielkich aluminiowych obudowach. Właśnie obudowy były mi potrzebne. Płytki drukowane zamówiłem na politechnice. Z tych elementów skleciłem prototyp nadajnika na pasmo fonii pierwszego programu TV. Szczęśliwie w Warszawie był to drugi kanał, a częstotliwość wypadała w paśmie radia UKF. Próby na Ursynowie wypadły bardzo obiecująco. Moim nadajnikiem udawało się zagłuszyć sygnał w promieniu kilkuset metrów.

Niestety, moja ekipa nie ustrzegła się przed infiltracją. Pewnego pięknego poranka wparowało do mojego mieszkania paru tajniaków i z rozpędu zaaresztowali również pożyczony komputer PC. Komputer i ja wylądowaliśmy na Rakowieckiej, gdzie czekało już kila osób z ekipy. Ja serdecznie przywitałem się z Jurkiem Łowińskim – kolegą, który pracował na wydziale elektroniki PW i u którego często przesiadywałem. Wdałem się też w uprzejmą rozmowę z pilnującym nas oficerem. Reszta towarzystwa patrzyła na mnie wrogo, że tak przyjaźnie traktuję ubeka. Narzekałem, że moja żona z pewnością ugotowała już obiad i będzie się denerwowała, że nie ma go kto zjeść. Pan oficer zapytał, czy zaproszę na obiad także jego. Ja z uśmiechem na twarzy błyskawicznie odparłem NIE. Wtedy koleżanka i reszta kolegów się odprężyła. Wszyscy się roześmiali i przestali na mnie krzywo patrzeć. Wieczorem byłem już w domu, a po paru tygodniach także komputer mogłem zwrócić właścicielowi.

Instagram