Jak to na wojnie bywa – rosyjscy partyzanci zabili koło wsi Kapitańszczyzna dwóch niemieckich żołnierzy. I jak to na wojnie bywa – Niemcy zaplanowali represje w stosunku do miejscowej ludności. Mieszkańcy Kapitańszczyzny mieli zostać rozstrzelani, wieś spalona. Ochrymy tylko spalone. Bodajże z Bielska Podlaskiego przyjechała silna ekipa pacyfikacyjna. Droga prowadziła przez Narewkę. W Narewce do ekipy dołączył żandarm Józef i komando zatrzymało się u mojego dziadka jako sołtysa Ochrymów, żeby wydać rozkazy. Ludzie mieli zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i opuścić wieś.

Żandarm Gierko poczuł się w obowiązku odwdzięczyć za dostarczane przez wieś boczek i słoninę, którą wysyłał do rodziny. Mówił, że ludzie tu nie lubią ruskich, bo wycofując się pozabierali im synów. Dziadek wyczuł szansę – powtarzał to, co żandarm, że wszyscy tu uczciwi, Kapitańszczyzna niewinna i kazał naznosić jadła i napojów. Ludzie bez wahania szybko poprzynosili co kto miał najlepszego. Babcia z sąsiadkami nasmażyła jajecznicy, podgrzewała kiełbasy i kaszanki. Przed domem szybciutko postawiły się stoły, przy których zasiadło wojsko. Oficerowie posilali się u dziadków w domu. Bimberek widocznie smakował, bo argumenty żandarma trafiły dowództwu do serc(?). Wychylili jeszcze po kielonku, zabrali dziadka i pojechali do Kapitańszczyzny.

W Kapitańszczyźnie zgonili wszystkich w jedno miejsce. Wokół ustawili się żołnierze z automatami. Dowódca palnął mowę, Gierko tłumaczył, a dziadek stał blady jak ściana. Mowa sprowadzała się do tego, że Rosjanie są źli, że niecnie i podstępnie zamordowali dwóch niewinnych żołnierzy niemieckich, ale obecny tu sołtys Pawłowski ręczy głową za mieszkańców wsi Kapitańszczyzna i dlatego życie będzie im darowane. Żeby jednak podłe bandy nie miały oparcia, mieszkańcy będą eksmitowani, a wieś spalona.

Wieś rzeczywiście natychmiast poszła z dymem, a wszyscy mieszkańcy zostali wywiezieni do pracy w Fastach pod Białymstokiem. Dobytek stracili, ale przeżyli. Niemcom w końcu takie rozwiązanie też było na rękę. Problem rozwiązany, żołnierze uniknęli obciążenia psychiki mordem, darmowi pracownicy pozyskani, ludność powinna odczuwać wdzięczność itd. Dziadek po powrocie do domu odchorował swoje. W końcu także otarł się o śmierć. Ochrymy zostały rozebrane. Mieszkańcy zajęli domy wymordowanych wcześniej Żydów z Narewki i tam doczekali końca wojny. Władza ludowa zwykle rozprawiała się z ludźmi pełniącymi w czasie okupacji jakiekolwiek funkcje. Na dziadka jednak nikt nie doniósł, nawet „куменњк”, który szybciutko wstąpił do UB.

W 1959 roku dziadek miał wypadek i na skutek niewłaściwego leczenia zmarł. Kapitańszczyzna pamiętała. Ludzie nieśli dziadka trumnę na barkach kilka kilometrów z cerkwi w Lewkowie Starym na cmentarz w Lewkowie Nowym. Cała historia była podobno opisana w Gazecie Białostockiej. Jeden egzemplarz gazety miał mój wujek, ale nie udało mi się ustalić co się z tą gazetą stało. Mój brat cioteczny znalazł w papierach po swoim ojcu oświadczenie mieszkańców wsi Kapitańszczyzna spisane w roku 1964. Ich wersja nieznacznie rózni się od tej, którą znam od mamy. Pewne jest natomiast, że życie zawdzięczają mojemu dziadkowi.
 

Instagram