Kupiona przez rodziców w Afganistanie Wołga okazała się wspaniałym przyrządem do zwiedzania kraju. Można było do bagażnika naładować sprzętu biwakowego, co się nie zmieściło upchnąć na połowie tylnej kanapy i… w drogę. W ten sposób objechaliśmy w koło całą Polskę. Z Warszawy dojechaliśmy najpierw na Mazury. Z mapy wynikało, że w Mikołajkach jest kemping. Zaczęliśmy szukać i pytać miejscowych. Wszyscy wzruszali ramionami i uparcie twierdzili, że niczego takiego tam nigdy nie było. Wreszcie jeden z tubylców zainteresował się i spytał co to takiego. Kiedy usłyszał, że tam się rozbija namioty radośnie zawołał – „no to mów pan camping”. Tego zwrotu używam do dziś i kiedy mój rozmówca okaże najmniejsze chociaż zdziwienie mam pretekst, żeby opowiedzieć całą historię.

Z Mazur popędziliśmy nad morze. Teraz wiem, że kiedy wieje wschodni wiatr powierzchniowe wody Bałtyku przemieszczają się na północny zachód, a na ich miejsce przy brzegu pojawiają się bardzo zimne wody przydenne. Właśnie na taki okres trafiliśmy. Woda miała niewiele ponad 10 stopni, ale mnie to nie przeszkadzało i moczyłem się uparcie. Mama ręce załamywała i biadała, że jestem cały fioletowy.

Dalej był Szczecin, gdzie ojciec studiował i miał mnóstwo rzeczy do pokazania. Niestety, niczego nie zapamiętałem. Bez specjalnych emocji minęliśmy całą ścianę zachodnią. Za to Sudety okazały się bardzo fajne. Potem Kraków ze swoimi zabytkami i na deser Bieszczady. To właściwie jedyny raz, gdy byłem w Bieszczadach. Rodzice byli zauroczenie, ale dla mnie to były tylko takie sobie pagórki. Rok wcześniej byliśmy przecież w Tatrach.

Wtedy nie mieliśmy jeszcze namiotu, zamówiliśmy kwaterę w Bukowinie. Chałupa z pięknym widokiem na góry stała na stoku niedaleko Klina. Teraz wiem, że w kierunku Gliczarowa. Oprócz nas w tym samym czasie wynajęły tam pokoje jeszcze dwie rodziny. Dzieciaki były w podobny wieku i wkrótce stworzyliśmy zgraną paczkę. Trochę rozrabialiśmy. Nie pamiętam kto był głównym prowodyrem, ale jedną akcję wymyśliłem sam. Przed domem była łąka, która łagodnie opadała w kierunku szosy do Poronina. To było idealne miejsce, żeby się turlać w dół. Trójka dzieciaków w kwadrans ubiła nieskoszoną trawę na całej łące.

Ja oczywiście nie miałem pojęcia, że robimy jakąkolwiek szkodę. Gaździna, gdy to zobaczyła miała łzy w oczach i ręce załamywała. Tak mi to zapadło mi w pamięć, że do dziś dnia staram się nie wchodzić bez absolutnej konieczności na nieskoszoną łąkę. A jeżeli już muszę – stawiam kroki tak, żeby jak najmniej stratować. Zresztą w górach jest coraz mniej łąk. Gazdowie zarabiają już prawie wyłącznie na turystach. Mało kto trzyma jeszcze jakikolwiek inwentarz.

Z tego pobytu w górach zapamiętałem, że naszym prywatnym samochodem podjechaliśmy pod samo schronisko nad Morskim Okiem. W dzisiejszych czasach wydaje się to równie nieprawdopodobne, jak wjazd w 1935 roku motocyklem Sokół na Kasprowy Wierch. Oczywiście oprócz niszczenia przyrody robiliśmy także górskie wycieczki. Pamiętam Giewont, Czarny Staw i Świstówkę. I Justynę. Ale była z Radomia i w końcu ślubu nie wzięliśmy:-(

Instagram