Po wojski zapisałem się do Klubu Oficerów Rezerwy. W skrócie KOR. Jak pisałem wcześniej lubiłem strzelać. Szansy na własną broń w komunizmie nie miałem. Sportowo mogłem strzelać co najwyżej z wiatrówki, lub kbksu. A to nie to samo.

Jeździłem zatem na strzelnice, zwykle w niedziele. Soboty były jeszcze pracujące. Udzielałem się też na polu informatycznym. Pracując w PAPie miałem dostęp do systemu mikrokomputerowego. Procesor był taktowany zegarem 1,8 MHz. Szyna danych była 8 bitowa. Dysków twardych w ogóle nie było. Ale na dyskietce był daleki przodek współczesnego Office’a. Dało się na tym zrobić prymitywna kartotekę i personalizowane wydruki na drukarce igłowej. Drukarka też była z innej epoki. Osiem igieł było w stanie wydrukować 30 znaków na sekundę. Rozdzielczość – jakieś 50 DPI. Na tamte czasy jednak to był szczyt techniki, którym nie dysponowały nasze uniwersytety. W czynie społecznym drukowałem więc zawiadomienia o kolejnych spotkaniach i co ważniejsze – automatycznie adresowałem koperty.

KOR nie sprowadzał się jednak do samych przyjemności. Władza ludowa usiłowała dbać o nasze morale. W socjalistycznym rzecz jasna pojęciu. To były pogadanki polityczne. Na jednej z takich pogadanek oficer tłumaczył, że zachodni imperialiści tylko czyhają na nasze potknięcie i gotowi są pozbawić nas niepodległości.

Zaniepokojony tą straszną perspektywą zapytałem prowadzącego na czym dokładnie miałby polegać tragizm sytuacji, gdybyśmy znaleźli się pod okupacją amerykańską. Dociekałem, czy zostalibyśmy zamienieni w niewolników, a nasze żony masowo byłyby gwałcone? Facet zgłupiał. Ale ponieważ cudem udało mi się zachować zatroskaną twarz zaczął coś bełkotać. Po paru minutach zakończył mniej więcej tak: żeby wam to dokładnie wytłumaczyć powinniście kolego najpierw przejść dwuletni kurs polityczny. Na szczęście nikt nie posłał mnie na kurs. Niestety, strzelania jakoś też się skończyły.

Z wojskiem miałem jeszcze styczność po zakończeniu stanu wojennego. W domu znalazłem kopę starych wezwań z wojskowej komendy uzupełnień. Przyszło wszakże i całkiem świerze. Pofatygowałem się zatem na ulicę Bema (albo w pobliżu), gdzie bardzo zły pułkownik zaczął mnie opieprzać. My do was od roku wysyłamy wezwania, a wy co? Dlaczego nie przychodziliście. Macie taki dobry przydział mobilizacyjny. Będziecie dowódcą radiostacji dalekiego zasięgu do łączności Warszawskiego Okręgu Wojskowego ze strukturami Układu Warszawskiego. Ja na to, że nie mogłem przyjść, bo byłem w Białołęce. Facet chyba nie zajarzył i dalej krzyczy – Białołęka nie jest na końcu świata, to ledwie po drugiej stronie Wisły. No to ja mu – że się chyba nie nadaję do tak zaszczytnej funkcji, że byłem zamknięty. Dopiero wtedy zamilkł. Pobiegł do innego pokoju i wrócił po kwadransie. Już nie był taki czerwony, ani elokwentny. Raczej zbladł i tylko powiedział, że wycofuje mój przydział.

Instagram