Ponieważ regularnie jeździliśmy do Gdańska, naturalną koleją rzeczy zaczęliśmy wozić z Warszawy na wybrzeże bibułę. Oczywiście Robotnik, Biuletyn Informacyjny i książki bezdebitowe. W Warszawie studiował Teoś Klimcewicz, czołowy drukarz z politechnicznego akademika. Właśnie skończył nakład i chciał się dostać do rodzinnej Gdyni. No to napakowaliśmy bibuły do bagażnika, koło zapasowe i Teosia do tyłu i w drogę. Ale ponieważ akurat ORMO miało jakąś akcję, wpadłem na pomysł, żeby nie jechać Marszałkowską i Marymoncką, tylko boczkiem, boczkiem. Pierwszy raz zatrzymali nas na Placu Powstańców. Ja dmuchałem w balonik, a Ola z Teosiem gryźli paznokcie. Kolejne kontrole były już mniej nerwowe, bo widać było, że ORMOwcy nie interesują się bibułą. Jednak po kolejnym zatrzymaniu na Broniewskiego Teoś nie wytrzymał. Do dupy z twoją taktyką – powiedział i kazał wracać na główny szlak. Wróciłem koło Huty Warszawa, chociaż miałem chytry plan, żeby przez Truskaw i Palmiry… Spracowany Teoś usnął i do Chylonii dojechaliśmy już bez przeszkód.

Kiedyś zepsuł mi się maluch i Ola ze dwa razy jeździła pociągiem. Bibuły się nazbierało. Jak to w takich przypadkach, od ojca pożyczyłem dużego Fiata. Zapełniłem literaturą cały bagażnik. Resory jęknęły i ruszyłem wieczorową porą, bo bezpieczniej. Koło Nowego Dworu na jezdnię wyskakuje milicjant, świeci czerwoną latarką i zatrzymuje mnie. Bibuła cenna, ale przejechać człowieka głupio. Zatrzymałem się. A gość pyta dokąd jadę. Do Gdańska, odpowiadam drżącym głosem. Zza krzaka wychodzi jeszcze dwóch mundurowych i słyszę: to podwiezie nas pan do Olsztynka. Cóż miałem robić. Tylna oś jeszcze niżej, świecę wprost w oczy kierowców z naprzeciwka, ale z taką obstawą przecież nikt mi nic nie zrobi. W dobrej asyście zrobiłem połowę drogi. Reszta też jakoś poszła.

Jeżeli ktoś myśli, że w opozycji wszystko działało, jak w szwajcarskim zegarku, to się grubo myli. Ja wożę bibułę, a gdańskie WZZty odbierają ją z dziupli i rozprowadzają po tamtejszych „zakładach pracy”. To teoria. Czasami rzeczywiście tak bywało, ale pod koniec czerwca 1980 zebrał się metr sześcienny i uczynny właściciel domu, gdzie była dziupla zaczął się denerwować. Nie dość, że strop groził zawaleniem, to w razie wpadki niewątpliwie czekałaby go solidna odsiadka. Ubłagałem, żeby jeszcze miesiąc. WZZty wkrótce się obudziły. Nie bardzo wiedziały co z taką ilością papieru zrobić, więc od razu rzuciły wszystko na stocznię. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Gdyby odbierali i dystrybuowali regularnie, może Sierpień wyglądałby inaczej…

Instagram