W 1989 żyłem z dala od polityki. Okrągłym stołem podniecałem się umiarkowanie. O Magdalence chyba nawet nie wiedziałem. Co nie znaczy, że miałbym ją komukolwiek za złe. W końcu gdzieś w wąskim gronie musiały być podjęte generalne decyzje.  Tu wypada przypomnieć zagadkę: co to jest wielbłąd. I odpowiedź: to koń wymyślony przez komisję. W właśnie szczegółami zajmowały się podstoliki. Spierali się "nasi" liberalni socjaliści z "onymi" - socjalistami ortodoksyjnymi. Szumu było dużo, rewolucji - zero.

 W czerwcu ustrój sie zmieniał, ale wszystko oglądałem jakby z daleka. Na wybory oczywiście poszedłem  swoim głosem potwierdziłem 100% poparcie dla 35% rzeczywiście wybieranych posłów i jednego z 99 wybranych senatorów. Gazety czytałem, ale specjalnie się nie podniecałem. W telewizorze, tak jak zawsze, czatowałem na filmy z gatunku "zabili go i uciekł". Razu pewnego jednak w lekko owalnym jeszcze okienku prezentował się Janusz Korwin-Mikke. I usłyszałem, że najtaniej będzie dla mnie, jeżeli z własnej kieszeni zapłacę za szkołę dziecka, a nie poślę go do darmowej szkoły. Jak prawie każdy człowiek pomyślałem w tym momencie, że pan Janusz chyba przestał zażywać lekarstwa. Ale słowa prześladowały mnie przez dwa dni. Trzeciego poszedłem na Nowy Świat i zapisałem się do Unii Polityki Realnej.

Po prostu odkryłem siebie. W czasach KORu i Solidarności dogmatem było uznawanie zasadniczej roli klasy robotniczej. Ja powinienem raczej wstydzić się, że pracuję głową. A ja myślałem, że robotnicy to też ludzie i tylko z tego powodu należał im się szacunek. W UPRze znalazłem to, co potajemnie grało mi w duszy. Samodzielnie nie potrafiłem tego wyartykułować. Partyjne nauki pomogły mi zrozumieć w jaki sposób działa społeczeństwo. Że niczego nie dostaje się "za darmo". Żeby komuś dać, trzeba innemu odebrać. Żeby mieć trzeba zapracować mięśniami, lub umysłem. Że trzeba być filantropem na własny rachunek, nie odbierać drugiemu, żeby obdarować trzeciego. Że beneficjentami socjalizmu są tylko urzędnicy. Że minimalne państwo jest najlepsze. Że liczy się dobro jednostek, nie mitycznego narodu. Że wartość człowieka określają jego unikalne predyspozycje.

Swoją partyjną aktywność rozpocząłem w 1990 roku od kandydowania do rady gminy. Zmajstrowałem z tej okazji specjalną gazetkę. Rozdałem ją we wszystkich domach mojego wyborczego terytorium. Na spotkaniu wyborczym mówiłem otwarcie, że żadnej szkoły, szpitala, sklepu nie wybuduję za darmo. Że nikomu nie zapewnię przystanku autobusowego pod domem. Jak się łatwo domyśleć przegrałem. Potem parę raz startowałem w wyborach do sejmu. Oczywiście nie na serio, ale po to, żeby przez głosy znajomych wpłynąć na wynik partii. Raz się zresztą udało. UPR dorobił się trzech posłów.

Przez parę lat byłem skarbnikiem oddziału warszawskiego. Przez rok skarbnikiem UPRu. W tym czasie prowadziłem z ramienia UPR negocjacje z konwencie Św. Katarzyny. Potem byłem niby szefem kampanii prezydenckiej. W końcu doszedłem do wniosku, że pomimo słusznego programu w UPRze niczego się nie zrobi. Wewnętrzne partyjne rozróby przyspieszyły moją decyzję. Przestałem płacić składki i w ogóle bywać. Od czasu do czasu głosuję na partie pana Janusza. Bardziej z sympatii do wybitnego i upartego człowieka, niż wiary, że uda mu się zmienić rodaków.

Instagram