Po ogłoszeniu mobilizacji we wrześniu 1939 roku dziadek dostał na drogę wałówkę i poszedł do Hajnówki, gdzie mieli się stawić zmobilizowani. Na dworcu w Hajnówce koczował wraz z innymi przez 2 dni. Nikt nic nie wiedział, nie było żadnego dowództwa, żadnego zaopatrzenia, żywności, mundurów, ani broni. Od czasu do czasu pojawiały się niemieckie samoloty. Ostrzeliwały i bombardowały stację kolejową. Dziadek razem z paroma sąsiadami cichaczem oddalił się w kierunku lasu i wszyscy wrócili do domów. Jeszcze przez parę dni nie wychylał nosa z domu.

Minęło następne parę dni i wieść się rozniosła, że nadchodzą Niemcy. Dziadkowie zgarnęli dzieci i schowali się w ziemiance pełniącej rolę spiżarni – tak zwanym sklepie. Wkrótce usłyszeli warkot motorów i trzask łamanego płotu. Moja mama wystraszyła się i wyskoczyła na zewnątrz. Całe szczęście, bo w kierunku sklepu jechał niemiecki czołg. Mama przed wojną chodziła do gimnazjum w Świsłoczy (teraz Białoruś) i tam nauczyła się niemieckiego. Udało jej się zatrzymać czołg i wytłumaczyć żołnierzom, że w ziemiance jest jej rodzina. Za „dzielną postawę” dostała od Niemców czekoladę i na połamanym płocie się skończyło. Wojsko o dziwo nie zabrało się od razu za gwałcenie niewiast, ani eksterminację Żydów, tylko zażyczyło sobie dużo wody do mycia. Mama zapamiętała Niemców jako pedantycznych czyścioszków, którym przez parę godzin trzeba było czerpać ze studni wodę. Niemcy nawet nie tknęli miejscowego jedzenia. Żywili się wyłącznie własnym prowiantem.

Po paru dniach, zgodnie z układem Ribentrop-Mołotow, Niemcy się wycofali i weszli Rosjanie. Mama zaczęła chodzić do rosyjskiej dziesięciolatki. Po dwóch latach Wermacht ruszył na wschód, a wycofujący się Rosjanie zabrali na Syberię mojego wujka.
 

Instagram