W szkole prowadziłem życie raczej przyzwoite. Nie kablowałem, bo nie miałem na kogo i na co. Nie rozrabiałem. Raz tylko urwałem klamkę i raz złamałem krzesło. Nie ściągałem, bo się bałem. Nie dawałem ściągać, bo nie wiedziałem jak to zrobić, żeby nauczyciel nie zauważył. Nie byłem żadnym aktywistą. Sporadycznie wybierano mnie na gospodarza, czy też przewodniczącego klasy.

Należałem chyba tylko do Ligi Ochrony Przyrody, bo w księgarni za złotówkę wygrałem książkę “Ochrona roślin w Polsce”, do Ligi Obrony Kraju, bo szczytnie kojarzyła mi się z obrona ojczyzny i Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, bo nauczycielka rosyjskiego była niebrzydka, a ja byłem już w liceum. W rzeczonym liceum przed maturą chodziły słuchy, że jeżeli sie człowiek nie zapisze do Związku Młodzieży Socjalistycznej - to się nie dostanie na studia. Ja nie miałem żadnych dylematów. Przez olimpiadę fizyczną dowolny indeks miałem. Poza mną nie zapisał się tylko kolega z ławki - Jacek Korec, bo był pewien, że na studia dobrze zda, więc i tak się dostanie. I rzeczywiście się dostał. Reszta wprawdzie też, ale wcale nie z powodu ZMSu.

Na studiach zapisałem się do Związku Studentów Polskich. Zdążyłem, bo wkrótce przestało nazywać się ZSP i zaczęło SZSP - Socjalistyczne Zrzeszenie Studentów Polskich. Ale zaczęło już beze mnie. Życie studenckie płynęło mi dalej spokojnie - na bumelanctwie. Był jednak przedmiot, który do Politechniki niezbyt pasował - szkolenie wojskowe. Na Koszykowej róg Krzywickiego był kompleks, gdzie wykładano taktykę, łączność, pierwszą pomoc i tym podobne bzdury. A wykładowcami były oficerskie spady. Jeżeli jakiś oficer podpadł, lub zupełnie się na dowódcę nie nadawał - lądował ze studentami.

Razu pewnego zimową porą wywieźli nas aż na Bemowo. Ustawili w szeregu i rozpoczął się egzamin ze szkolenia politycznego. Chwiejący sie na boki, oraz do tyłu i do przodu, czerwony na twarzy zupak zadał mi pytanie. “Powiedzcie no mi podchorąży - dzięki czemu wy studiujecie?” Ja chwilę się zastanawiałem o co też takiemu człowiekowi może chodzić? I wymyśliłem. Z pewnością to jakiś niedorobiony paryjniak i trzeba mu odpowiedzieć po myśli i po bazie.

Zacząłem bredzić, że studiować mogę dzięki bezpłatnej nauce zapewnionej mi przez ludową ojczyznę. Tego nawet zupak nie wytrzymał. Krzyknął “Podchorąży, co wy mi tu pierdolicie?! Studiujecie, bo was rodzice na studia posłali”. Natychmiast zrobiłem się na gębie i reszcie ciała jeszcze bardziej czerwony, niż mój egzaminator. W oczach mi pociemniało. Nie pamiętam, o co pytał innych. Dostałem nauczkę na całe życie. Nigdy nikt mnie tak nie zawstydził i mam nadzieję, że tak zostanie.

Instagram