W sierpniu zaczęły się wywózki z Białołęki. To w oczekiwaniu na nowe aresztowania związane z rocznicą powstania Solidarności. Mnie z Jarkiem Kosińskim i Michałem Bukojemskim trafiło się Załęże. W Załężu było od początku stanu wojennego sporo ludzi z południowej Polski. Po naszym przyjeździe zaczęły się z kolei tam rozgęszczenia. Dla nas z Białołęki było normalne, że cele były zamknięte. Ci starzy mieli jednak przedtem wielką swobodę i cele były zamykane dopiero na noc. Któryś ze starych wezwał klawisza i kiedy ten otworzył drzwi, wszyscy z pod celi wybiegli na korytarz, odebrali klawiszowi klucz i dawaj otwierać resztę cel. Ja akurat byłem na tym piętrze (chyba drugim), więc też zostałem oswobodzony.

Wkrótce udało nam się dostać na wyższe piętro i aż na dach. Widok z dachu był niezwykle przyjemny, bo od 9 miesięcy większość z nas nie widziała horyzontu. Przedtem przestrzeń miała najwyżej kilkadziesiąt metrów na spacerniaku. Ponieważ pogoda dopisywała, chodziłem na ten dach często. Główne atrakcje rozgrywały się jednak przy kracie na klatce schodowej. Chcieliśmy uwolnić tych z dolnych pięter (czy może piętra). Nie pamiętam dlaczego nie mogliśmy otworzyć zamka. Ktoś miał po materacem brzeszczot, więc na zmianę zaczęliśmy piłować kratę.

No to od dołu nadeszła więzienna atanda i dawaj nas pałkami po łapach tłuc. No to my wiadrami na nich wodę. Oni nie chcieli być gorsi i podłączyli wąż do hydrantu. Po chwili konsternacji wpadliśmy na pomysł, żeby ich wrzątkiem. Ale zanim na żyletkach zagotuje się kilkadziesiąt litrów wody, upłynęło trochę czasu. Po przerwie straż wycofała się na półpiętro, bo nie mieli ochoty sprawdzać na własnej skórze jak czuli się w średniowieczu żołnierze atakujący fortece bronione takim samym sposobem. Piłowanie kraty trwało więc w najlepsze.

Tymczasem przy kracie z drugiego końca korytarza nic się nie działo. Z tamtej strony była dyżurka. I cóż się okazało? Dla nas z Białołęki rzecz niewyobrażalna. Krata sie otwiera, wchodzi na korytarz klawisz, podchodzi do kraty, którą piłujemy i mówi, że jest telefon do Kowalskiego. Nazwiska oczywiście nie pamiętam, ale Kowalskim okazał się akurat gość, który miał zmianę przy piłowaniu. Oddaje więc brzeszczot koledze, mówi - Jasiu piłuj dalej i najspokojniej w świecie idzie z klawiszem do dyżurki porozmawiać z żoną czy matką. My zaś jakby nigdy nic dalej obrzucamy się epitetami z tymi z półpiętra.

W tym samym czasie koledzy z dołu zdołali zrobić przejścia pomiędzy celami. Najpierw wyłamali ramki, na których wisiały szmaty zasłaniające kible, a później tymi ramkami dawaj wyłuskiwać cegły. Pomiędzy celami poszło szybko, bo kiedy więzienie było budowane powstało też sporo domków jednorodzinnych. W zaprawie było więc mało cementu (do wszystkiego nie starczyło). Gorzej było z przebiciem ściany na korytarz. Mur był gruby. Jedna cela zdołała jednak wybić dwie cegły na wylot. I wtedy klawiatura się poddała. Sami otworzyli cele oraz klatkę schodową i naszej radości nie było końca.

Po paru godzinach zobaczyliśmy z dachu nadjeżdżającą kolumnę zomitów. Jechało pięć czy osiem bud z polewaczką na czele. Już, już brama więzienia zaczęła się otwierać, kiedy kolumna zawróciła. Pewnie w Rzeszowie też szykowała się jakaś zadyma i doszli do wniosku, że póki co jednak jesteśmy zamknięci i pojechali do pilniejszych zajęć. Z tej całej historii utkwiło mi w pamięci ostatnie piętro. Było akurat w remoncie. Nie było położonej posadzki nad kanałem w którym biegły przewody do podsłuchów. Największe wrażenie wywarł na mnie pokoik do przypinania pasami. Dźwiękoszczelne pomieszczenie z małym okienkiem, żeby klawisz mógł widzieć, czy delikwent jeszcze oddycha, czy ściśnięte płuca już przestały dostarczać tlen.
 
  1. Autorem zdjęcia jest Michał Bukojemski. Właścicelem praw autorskich - Polska Agancja Fotografów FORUM

Instagram