Po zarejestrowaniu Solidarności, wydawanie Robotnika straciło moim zdaniem rację bytu. Powstał ogólnopolski tygodnik. Każdy z regionów wydawał własne periodyki. Na którymś z zebrań Robotnika postulowałem zakonserwowanie sprzętu, bo niewątpliwie będzie w przyszłości potrzebny i wejście w oficjalne struktury. Ponieważ już wcześniej współpracowałem z Romaszewskimi, w naturalny sposób znalazłem się w Komisji Interwencji NSZZ Solidarność Regionu Mazowsze. Trzeba podkreślić, że komisja nie cieszyła się zaufaniem frakcji prawdziwych polaków, bo jak powszechnie wiadomo KORowska opozycja to żydokomuna. Dało się to odczuć podczas kryzysu bydgoskiego. Działacze regionu mieli schronić się w warszawskich zakładach pracy. Mnie, Oli oraz paru innym kolegom przypadły zakłady Nowotki przy ulicy Kasprzaka. Na wstępie przewodniczący komisji zakładowej zapowiedział nam, że mamy się nie włóczyć po zakładzie i z przydzielonego pokoju możemy wyjść tylko za potrzebą. Serdecznie podziękowałem za opiekę i stwierdziłem, że wolę siedzieć na dołku, bo to przynajmniej honorowo.

Zarząd regionu przydzielił do patrzenia Romaszewskim na ręce paru swoich. Jeden z nich Lech Matul miał taką samą kurtkę jak ja. Kiedyś zażartowałem, że wyglądamy jak tajniacy z tego samego komisariatu. Nie przypuszczałem, jak blisko byłem prawdy. To był TW Zabłocki. Ponieważ byłem bez stałej pracy, a w komisji zwolnił się etat kierowcy – zatrudniłem się. Pracowałem tydzień. Zostałem szybciutko wygryziony przez innych kierowców, bo zużywałem zaledwie połowę paliwa. Z paliwem wiąże się też pewien epizod. To były czasy kartek na benzynę. Moje służbowe auto mogło tankować do pełna co drugi dzień w wydzielonej stacji przy ulicy Powsińskiej. Następnego dnia wypadało tankowanie, a ja miałem jeszcze pół baku. Szkoda było zmarnować przydział. Wypróbowanym sposobem zassałem rurą benzynę i przelewałem do kanistra. Przechodząca kobieta zaczęła lamentować, że złodzieje są nawet w Solidarności. Tłumaczyć się nie było sensu.

W końcu odnalazłem się w komisji. Załatwiałem paszporty. Zosia Romaszewska nie mogła się nadziwić jakie długie kolejki się do mnie ustawiały. Chadzałem do biura paszportowego na Koszykową. Konferowałem nawet z wiceministrem MSW – Skórą. Sporo osób wyjechało dzięki moim interwencjom. Sam też złożyłem wniosek. Mieliśmy jechać z Olą na zaproszenie jej kuzynów z USA. Kiedy zbliżał się stan wojenny ubecja telefonicznie ponaglała mnie, żebym wreszcie odebrał swój paszport. Wprawdzie odebrałem, ale wyjazd się opóźniał i nawet nie zacząłem załatwiać wizy. Paszport został internowany razem ze mną.

Instagram